Pierwotny plan na te 3 dni przed szkoleniem był na dwie rzeczy:
1. wyjście w góry ze 2 razy
2. wyjechanie poza Ałma-Ata, żeby poznać życie w mniejszych miasteczkach i wioskach.
Niestety mój stan zdrowia nie pozwolił nam na razie na zrealizowanie ani jednego z punktów. Ale boimy się, że w tygodniu może nam się to tym bardziej nie udać, więc dziś postanowiliśmy spróbować choć częściowo zaliczyć punkt 1.
Marek już w piątek znalazł stronę internetową (http://zaproezd.kz/), na której można wyszukać połączenia autobusowe w Ałma-Ata po trasie, którą autobus jeździ a nie po nazwie ulicy. To dla nas wielkie ułatwienie, bo nie znamy rosyjskiego, choć czytanie cyrylicy idzie nam coraz lepiej. Gorzej z zapamiętywaniem nazw ;-) Dobrze, że mamy mapę.
Przy okazji spaceru zauważyłam, że przystanki autobusowe w znaczeniu wiaty z budką i ławką są często tylko po jednej stronie ulicy, ale nie oznacza to, że autobus jedzie tylko w jednym kierunku. Wystarczy ustawić się naprzeciwko budki a autobus się zatrzyma :-)
Druga ciekawa rzecz to jeżeli stanie się przy ulicy, to po 10 sekundach najpóźniej zatrzymuje się przy nas samochód pytając, czy nas podwieźć :-) za opłatą oczywiście. Jest to tutaj bardzo popularna forma transportu.
Wsiadamy do autobusu nr 6. Klimatycznie :-) Pan pobiera od nas opłatę ok 1,60 zł za osobę. W autobusie jest kilka osób z plecakami, widać że będą wychodzić na szlaki. Na środku stoi też mężczyzna a obok trzymający go za udo chłopczyk. Jakieś 4 latka. Przez całą trasę trzyma się kurczowo taty, nie narzeka, nie marudzi, a jedziemy ponad 30 minut.
Wyjeżdżamy z miasta, mijamy bogate dzielnice willowe. Jest tu też trochę hoteli. A potem las. Autobus wspina się coraz wyżej. W pewnym momencie zatrzymuje się na przystanku w lesie. Wysiada chłopczyk z tatą z wieeeelkim plecakiem a z nimi kobieta z psem na smyczy. Idą na trasę. Nie mają ani nosidła ani tym bardziej wózka. Dzielny chłopak, jestem naprawdę pewna podziwu.
Dojeżdżamy do ostatniego przystanku. Tu znajduje się najwyżej na świecie położone lodowisko.
Tylko jak widać w porze letniej na jego terenie organizowane są boiska do uprawiania innych sportów :-)
Troszkę niżej była stacja kolejki, którą można wyjechać na Czimbulak. Ale nas zaczepia pan i proponuje, że za połowę ceny kolejki zawiezie nas na górę samochodem. Nie byłam tym zachwycona ale w końcu się decydujemy na tę opcję. Pan nie mówi po angielsku, dogadujemy sie migowo-polsko z dołożeniem rosyjsko brzmiących końcówek :-) Obiecuje nam, że po drodze się zatrzymamy w kilku miejscach.
To wzgórze po lewej jeszcze niedawno się paliło, ta część drogi była zamknięta dla samochodów.
A tu już na górze. Czimbulak. Stąd można wyjechać jeszcze wyżej dwoma wyciągami, które miały podpięte gondole i krzesełka. Ale ludzi wsadzano jedynie do gondoli. Zobaczcie też jak to miejsce fantastycznie wygląda zimą, gdy zamienia się w resort narciarski
https://www.google.pl/search?q=chimbulak&hl=pl&pwst=1&prmd=imvns&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ei=DzVGUOi4KsfgtQac-IHYCA&ved=0CCMQsAQ&biw=1600&bih=697
I stacja pośrednia
Widoki niesamowite. Naprawdę warto tu wjechać. I dobre miejsce na wyjście w góry, ale na pewno trzeba zabrać ze sobą ciepłe ubrania. Na tej wysokości jest jednak zimno. Decydujemy się na spacer łagodną trasą. A potem wracamy kolejkami na dół.
Tu jeszcze raz Czimbulak
I klika zdjęc zrobionych z wagonika kolejki
Zjechaliśmy na dół i poszliśmy na obiadokolację do restauracji z kuchnią kazachską.
Poza rewelacyjnym pieczywem pozostałe jedzenie nie oczarowało nas za bardzo, więc polecać knajpy nie będziemy :-)
Plus jedynie za to, że na zewnątrz stoją rozłożone... jurty i to w nich można sobie usiąść i zjeść
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz