W Kiskunmajsa jest przychodnia, ale w niej bardzo długa kolejka, jedziemy do Kiskunhalas, tam jest szpital. Na szczęście to niedaleko. Szpital jest położony tuż koło... kolejnego aquaparku, widać Węgrzy jakoś nadrabiają brak dostępu do morza :-) Szpital jak z czasów PRLu. Mało kto nas rozumie, angielski nie jest tu chyba bardzo popularny. Wprawdzie widać dokładnie co Frankowi dolega, ale gorzej dogadać się w kwestiach formalnych. Marek bierze to na siebie, ja próbuję jakoś ogarnąć Potworki, które mają super humory i rozrabiają na całego. Franek nawet bardziej niż Krysia, nie zachowuje się jak chore dziecko :-)
W pewnym momencie podchodzi do nas jakiś człowiek i pyta:
- Citroen Picassa? Window kaputt!!! Window kaput!!!
No ładnie. Zostawiam dzieci i biegnę do samochodu, w którym jest WSZYSTKO! Na szczęście to nie wybita szyba a otwarta szyba (choć jestem na 99% pewna, że zamykałam... może się popsuła?). Zamykam więc jeszcze raz i wracam.
Markowi udało się w końcu dogadać i załatwić wizytę, musimy za nią zapłacić ale tak chyba będzie łatwiej - później wystąpimy o zwrot do ubezpieczyciela.
Wchodzimy wszyscy do gabinetu - jak się okazało - okulistycznego. Zaczynam po angielsku opowiadać, ale lekarka mi przerywa i mówi, że... rozumie po polsku! Niesamowite! Okazało się, że jest Czeszką. To znacznie ułatwia sytuację :-) Franio ma sprawdzony wzrok, badanie dna oka. Wszystko dobrze, opuchlizna jest tylko na powiekach. W trakcie badania w ciemnie zauważam, że w gabinecie są przyjmowane równocześnie 3 osoby! Taśmowo! ;-) Dostajemy recepty, Marek idzie zapłacić i kupić leki. Jestem trochę zawiedziona, bo myślałam że dostanie jakieś mocniejsze leki czy zastrzyk. Szkoda mi go...
Po wyjściu uświadamiamy sobie, że nie zjedliśmy śniadania więc podjeżdżamy do marketu na zakupy. Podejmujemy też decyzję, że zostaniemy tu jeszcze jedną noc. Trochę się obawiamy czy leki na pewno zadziałają a w razie czego tu mamy blisko szpital no i lekarkę, która rozumiem po polsku. Dzieciom wizja całego dnia w aquaparku bardzo się podoba :-)
Wracamy do tego samego domku, dzieci wyskakują popluskać się pod zraszaczem a ja pakuję torbę na basen
Na basenie jest wspaniale. Nie mamy czasu na robienie zdjęć :-) Dzieci szaleją, są bardzo szczęśliwe! W zasadzie do obiadu nie wychodzimy z wody a potem okazuje się, że musimy na obiad podjechać do centrum, bo tu... nie akceptują kart płatniczych ani nie ma bankomatu... niesamowite...
Czekamy na zamówiony obiad, Marek podjeżdża jeszcze do bankomatu. Krysia jest tak wymęczona pływaniem, że zasypia siedząc na moich kolanach :-) tego jeszcze nie było :-)
Po obiedzie wracamy znów do aquaparku, kupujemy dzieciom pływaczki, dzięki czemu możemy wejść razem na głębszą wodę. Franek przełamuje swoje bariery i zjeżdża na zjeżdżalni, która jest polewana z góry wodą. Krysia biega, pływa, chowa się, ale najbardziej jej się podoba na małym basenie, gdzie jest zjeżdżalnia w kształcie słonia.
To był fajny dzień, dużo pływałam razem z Frankiem, chyba obydwoje potrzebowaliśmy tego czasu dla siebie. Marek za to mógł się nacieszyć córeczką :-)
Zostajemy tu aż do zamknięcia, do 19tej, szkoda że nie da się dłużej.
Oczy Frania trochę lepiej. chłodna woda + gruba warstwa maści zadziałały.
Wracamy do domku, dzieci pełne wrażeń i bardzo zmęczone szybko zasypiają.
PS 1 Tu byliśmy http://www.jonathermal.hu/
PS 2trochę więcej zdjęć było na telefonie, ale przepadły...