Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarnogóra i Chorwacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarnogóra i Chorwacja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 lipca 2012

w aquaparku

Nie jest dobrze. Franek obudził się BARDZO opuchnięty. Doszedł do naszej sypialni prawie po omacku. Szybka decyzja - jedziemy do szpitala. Marek dzwoni do ubezpieczyciela, ja ogarniam dzieci, pakuję nasze rzeczy.

W Kiskunmajsa jest przychodnia, ale w niej bardzo długa kolejka, jedziemy do Kiskunhalas, tam jest szpital. Na szczęście to niedaleko. Szpital jest położony tuż koło... kolejnego aquaparku, widać Węgrzy jakoś nadrabiają brak dostępu do morza :-) Szpital jak z czasów PRLu. Mało kto nas rozumie, angielski nie jest tu chyba bardzo popularny. Wprawdzie widać dokładnie co Frankowi dolega, ale gorzej dogadać się w kwestiach formalnych. Marek bierze to na siebie, ja próbuję jakoś ogarnąć Potworki, które mają super humory i rozrabiają na całego. Franek nawet bardziej niż Krysia, nie zachowuje się jak chore dziecko :-)

W pewnym momencie podchodzi do nas jakiś człowiek i pyta:
- Citroen Picassa? Window kaputt!!! Window kaput!!!

No ładnie. Zostawiam dzieci i biegnę do samochodu, w którym jest WSZYSTKO! Na szczęście to nie wybita szyba a otwarta szyba (choć jestem na 99% pewna, że zamykałam... może się popsuła?). Zamykam więc jeszcze raz i wracam.

Markowi udało się w końcu dogadać i załatwić wizytę, musimy za nią zapłacić ale tak chyba będzie łatwiej - później wystąpimy o zwrot do ubezpieczyciela.

Wchodzimy wszyscy do gabinetu - jak się okazało - okulistycznego. Zaczynam po angielsku opowiadać, ale lekarka mi przerywa i mówi, że... rozumie po polsku! Niesamowite! Okazało się, że jest Czeszką. To znacznie ułatwia sytuację :-) Franio ma sprawdzony wzrok, badanie dna oka. Wszystko dobrze, opuchlizna jest tylko na powiekach. W trakcie badania w ciemnie zauważam, że w gabinecie są przyjmowane równocześnie 3 osoby! Taśmowo! ;-) Dostajemy recepty, Marek idzie zapłacić i kupić leki. Jestem trochę zawiedziona, bo myślałam że dostanie jakieś mocniejsze leki czy zastrzyk. Szkoda mi go...

Po wyjściu uświadamiamy sobie, że nie zjedliśmy śniadania więc podjeżdżamy do marketu na zakupy. Podejmujemy też decyzję, że zostaniemy tu jeszcze jedną noc. Trochę się obawiamy czy leki na pewno zadziałają a w razie czego tu mamy blisko szpital no i lekarkę, która rozumiem po polsku. Dzieciom wizja całego dnia w aquaparku bardzo się podoba :-)

Wracamy do tego samego domku, dzieci wyskakują popluskać się pod zraszaczem a ja pakuję torbę na basen








Na basenie jest wspaniale. Nie mamy czasu na robienie zdjęć :-) Dzieci szaleją, są bardzo szczęśliwe! W zasadzie do obiadu nie wychodzimy z wody a potem okazuje się, że musimy na obiad podjechać do centrum, bo tu... nie akceptują kart płatniczych ani nie ma bankomatu... niesamowite...

Czekamy na zamówiony obiad, Marek podjeżdża jeszcze do bankomatu. Krysia jest tak wymęczona pływaniem, że zasypia siedząc na moich kolanach :-) tego jeszcze nie było :-)

Po obiedzie wracamy znów do aquaparku, kupujemy dzieciom pływaczki, dzięki czemu możemy wejść razem na głębszą wodę.  Franek przełamuje swoje bariery i zjeżdża na zjeżdżalni, która jest polewana z góry wodą. Krysia biega, pływa, chowa się, ale najbardziej jej się podoba na małym basenie, gdzie jest zjeżdżalnia w kształcie słonia.
To był fajny dzień, dużo pływałam razem z Frankiem, chyba obydwoje potrzebowaliśmy tego czasu dla siebie. Marek za to mógł się nacieszyć córeczką :-)


Zostajemy tu aż do zamknięcia, do 19tej, szkoda że nie da się dłużej.


Oczy Frania trochę lepiej. chłodna woda + gruba warstwa maści zadziałały.

Wracamy do domku, dzieci pełne wrażeń i bardzo zmęczone szybko zasypiają.

PS 1 Tu byliśmy http://www.jonathermal.hu/
PS 2trochę więcej zdjęć było na telefonie, ale przepadły...

poniedziałek, 2 lipca 2012

jadąc


Wczoraj długo nie mogłam zasnąć. Księżyc świecił mocno, niebo było bezchmurne, a ja nie mogłam zasnąć... Dopadł mnie zupełnie irracjonalny lęk przed burzą na łodzi :-( Sprawdziłam pogodę w komórce i w całej Polsce były wiatry, burze, nawałnice, grad... Prognoza dla Polańczyka była wspaniała - ciepła noc, ale pomimo tego budziłam się często i spałam niespokojnie.

Rano okazało się, że Franio ma zapuchnięte całe oczy - prawdopodobnie od ugryzienia jakiegoś insekta w czoło. Bardzo szybko zjadamy śniadanie, pakujemy się - musimy jeszcze podjechać do lekarza po leki dla Franka.

Zaczyna się wycieczka po przychodniach. Najpierw przychodnia w Polańczyku - kolejka osób umówionych na określoną godzinę i bardzo nieprzyjemna obsługa. Postanawiamy jechać do Leska, do szpitala. Tu informują nas, że będziemy musieli czekać kilka godzin zanim lekarz przyjmie Franka i sugerują podjechać do przychodni.

Próbujemy w przychodni, w rejestracji informują nas, że "już nie ma numerków na dzisiaj" wrrr ale pani doktor zgadza się nas przyjąć. Franek dostaje leki na reakcję alergiczną - wapno, zyrtec i ... na moją prośbę zastrzyk, żeby zmniejszyć obrzęk (to nie pierwszy raz wystąpiła u  niego taka reakcja).

Ruszamy w podróż, ostatnie tankowanie przed granicą i płacimy kartą kredytową, żeby uruchomić ubezpieczenie.

a potem jedziemy. Jedziemy, jedziemy, jedziemy. Na Słowacji zatrzymujemy się na obiad w przydrożnej restauracji.





Humory dopisują.

Węgry witają nas przepięknymi polami słoneczników. Są wszędzie, z każdej strony, przy każdej drodze którą jedziemy.

Powoli zbliżamy się do granicy z Serbią, zaczynamy rozglądać się za miejscem, gdzie moglibyśmy spędzić noc. Naszą uwagę przykuwa plakat reklamujący jakiś ośrodek z saunami, basenami. To będzie nasz cel :P po dwóch nocach na łódce chętnie skorzystamy z takich luksusów :-) Zjeżdżamy za znakiem z autostrady i dojeżdżamy do miejscowości Kiskunmajsa. Mijamy domki ze znakami "zimmer, rooms", jest ich całkiem sporo. Ciekawe, co jest atrakcją tego miasteczka. Domków coraz więcej. Dojeżdżamy do dużego pola namiotowego, ośrodka z końmi. Szukamy sensownych noclegów. Zaglądamy w kilka miejsc, wracamy nawet to pierwszego domku, który mijaliśmy i który wyglądał ładnie. Marek wysiada, szuka właścicieli. Wychodzi pani z makijażem grubym na 2 centymetry, w roboczym ubraniu i wielkich gumowych rękawicach :-) Cena jaką proponuje za pokój jest kosmiczna, w dodatku na podwórku OKROPNIE śmierdzi, okazuje się, że mają tam... hodowle gęsi...

Decydujemy się zajechać do największego ośrodka, za którym widać... zjeżdżalnie i wielki parki wodny! Aaaaaa.... to dlatego tu jest tyle miejsc noclegowych! :-) Marek wybiera dla nas domek - CAŁY tylko dla nas. Jest śliczny! z ogrodem :-) i pralką!

Jest późno, jak udaje nam się położyć dzieci do łóżek. Sami sobie wybrali pokój i łóżka. Śpią dziś sami :-)  Franek nieco lepiej, ale niewiele. Ważne, że mu się nie pogorszyło.

Marek się kładzie, ja jeszcze kończę pakowanie, jutro rano ruszamy dalej, w kierunku Czarnogóry.



Wyświetl większą mapę

niedziela, 1 lipca 2012

żeglujemy




Pobudka dość wcześnie rano, jak zwykle Marek wstał pierwszy, po nim Franek. Poszli razem pod
prysznic i do sklepu kupić coś na śniadanie. Nie przewidzieli tylko, że w niedzielę sklep czynny
 jest od 8mej, więc musieli poczekać przed sklepem.
Ja obudziłam Krysię, wykąpałyśmy się, posprzątałyśmy na łódce i poszłyśmy na kawę (dla mnie :-) ) A tu... porażka ;) Pani skasowała 4 zł i podała mi błyskawicznie kawę... sypaną! (bleeee) Strasznie mocna, bez miejsca na mleko, jak dla mnie - nie do wypicia. Spróbowałam dwa łyki, nawdychałam się zapachu kawy i... wylałam. Trudno, dziś będzie dzień bez kawy. Przerażające jest tylko to, że większość mieszkańców kempingu zaczyna dzień od.... piwa.... wczoraj też zauważyłam, że trudno znaleźć osobę, która by nie niosła w ręce puszki czy butelki z piwem... chyba się starzeję ;)

Na śniadanie Marek zrobiła jajecznicę na maszynce gazowej na łódce, to tego świeże bułki i dżem. Posileni przygotowujemy się do wypłynięcia. Dzieciom niestety trochę niewygodnie w kapokach, szczególnie Krysi, której trafił się troszkę za duży, po chwili się jednak przyzwyczajają. Szorujemy pokład a jeszcze wcześniej Krysia wskakuje z Markiem do wody.





Woda jest spokojna, wiatru prawie nie ma. Wypływamy na siliniku ale po chwili rozkładamy żagiel i próbujemy sunąć. Jest fajnie :-) Dzieciom się podoba. Franek znalazł sobie zabawę - nabiera do wiadra wody (Marek przywiązał je do łódki) a potem wylewa na pokład lub polewa nam nogi.

Marek opowiada dzieciom jak się nazywają różne części żaglówki, linki, co to grot, fok itp. Machamy innym żeglarzom, obserwujemy krajobrazy, opalamy się.

Franek nadal nabiera wodę, Krysia dostaje miseczki, zatykamy odpływ i robimy sobie mini-basen na dnie łódki.



Około 13tej Krysia robi się zmęczona, my głodni. W okolicach tamy szukamy miejsca do przycumowania. Zjadamy obiad, na deser lody i robimy przerwę na plażowanie. Dzieci wskakują do zalewu. Pluskają się, chlapią, budują z kamieni. Mamy chwilę odpoczynku, siadamy w cieniu i obserwujemy brykające Potworki.





Jest przyjemnie, ale trzeba jeszcze wrócić do portu. Mnie zaczynają piec plecy, chyba trzeba było się mocniej wysmarować.
Powrót znów na spokojnej wodzie. Franek nadal bawi się w nalewanie wody, w pewnym momencie na poważnie się wystraszył, że zabraknie wody w zalewie :-) i chciał przerwać wybieranie :-)








Przybijamy do kei o 18.30 i jedziemy na kolację w to samo miejsce co dzień wcześniej.
Dzieci szaleją na trampolinie a my relaksujemy się i czekamy na jedzenie






Gdy zaczyna się robić późno i zaczynają atakować komary uciekamy na łódkę. Dzieci bardzo szybko zasypiają a mi się zamarzył prysznic. Na kempingu już pustki, pojedyncze osoby które zostały zbierają się w barze, żeby obejrzeć finał Euro 2012, więc nie powinno być kolejki.
Idę już po ciemku do łazienki, ale okazuje się że jest zamknięta, napis na drzwiach odsyła do recepcji. Niestety w recepcji pani mnie informuje, że nie ma kluczy (!!!) i ostatecznie zgadza się mi dać kluczyk do przyczepy kempingowej, gdzie mogę skorzystać z toalety, niestety o prysznicu mogę zapomnieć :-(
Zupełnie na oślep w totalnych ciemnościach próbuję znaleźć rzeczoną przyczepę. Udało się. Otwieram drzwi i szukam włącznika światła. Z jednej i drugiej strony. Bezskutecznie. Moje oczy przyzwyczajają się powoli do ciemności, po prawej stronie przy drzwiach ale dość wysoko widzę jakiś kwadrat. Sięgam ręką i.... WRRRRRRRRRRR PAJĘCZYNA!!!!! Bardzo szybko uciekałam :-))))

Długo nie mogłam zasnąć, księżyc mocno świecił, niebo bez chmur... bajecznie...




sobota, 30 czerwca 2012

w drodze

Trudno się zebrać z łóżka po tak krótkiej noc. Krysia nadal odczuwa niepokój, prawie nic nie je.
Chwila na zabawy z Dziadkami i ostatnie zakupy. Udało nam się kupić Frankowi trampki (Ufff!). Wersja z Zygzakiem przyćmiła wszystkie inne. Przynajmniej mamy pewność, że na będzie w nich chętnie chodził.

Z Olkusza wyjeżdżamy o 12.30, Krysia szybko zasypia. W Krakowie zatrzymujemy się jeszcze w księgarni Sklep Podróżnika i kupujemy przewodnik. Nie wiem, gdzie dziś będziemy spać, Marek mówi, że ma dla nas niespodziankę.

Na dworze gorąco, 35 stopni na naszym termometrze, dobrze że mamy klimatyzację. Samochód mamy zapakowany po sam dach a i tak wciąż myślimy o tym, czego jeszcze zapomnieliśmy :-)

Na obiad zatrzymujemy się w przydrożnym barze - pomidorówka, golonka - jeszcze "po polsku" ;)



Już wiem, że jedziemy do Polańczyka - Franek się wygadał :-) Tam czeka na nas... żaglówka! Potwory podekscytowane, zadają milion pytać o tym, jak będziemy spać, czy będziemy pływać, czy tam są wiosła, pływaczki :-)

Dalej podróż płynie spokojnie, obserwujemy sennie małe miasteczka, marzymy o władnym domu gdzieś na odludziu.

Dojeżdżamy do Polańczyka, okazuje się że właściciel łódki jest pijany, ale można się z nim dogadać. Przyprowadza żaglówkę do kei. Dzieci są już zmęczone i głodne, na szybko oglądamy sanitariaty (względne), zanosimy torby na łódkę i idziemy na kolację - po drodze widzieliśmy restaurację z placem zabaw dla dzieci. Zamawiamy pizzę, bo część restauracyjna czynna jest do 20tej a jest już po 21wszej. Normalnie o tej porze nasze dzieci już śpią... a tu... skaczą na trampolinie, huśtają się. Wakacje :-)
Franio nie lubi pizzy, więc wyciągamy z zapasów kaszkę instant. Zjada cztery miski... całą paczkę...  chyba zgłodniał :-) Krysia zjada pizzę i podjada kaszkę od Franka.

Gdy wracamy na łódkę jest już w zasadzie ciemno. Przebieramy się tylko i wskakujemy w śpiwory. Dzieci zasypiają błyskawicznie, jest 22.30. Ja mam problem z zaśnięciem, jest okropnie gorąco i głośno, w pobliskiej knajpie trwa dyskoteka. Martwię się trochę, jak to będzie żeglować z dwójką dzieci na pokładzie.


Wyświetl większą mapę

piątek, 29 czerwca 2012

wyruszamy!

Już dziś! Ruszamy! Już prawie....

Ale jeszcze:
- rano do pracy
- pozałatwiać sprawy przed wyjazdem
- spakować się! AAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!

Godzina 13ta, wychodzę z pracy a do podróży NIC nie przygotowane. NIC. Jeszcze wczoraj nie doszła do nas Zielona Karta zamówiona przez Marka we wtorek. Czy dojdzie? Może się okazać potrzebna.

Rekord pobity. Po 4,5 godzinach jesteśmy zapakowani do samochodu. Z pewnością pomogło, że większą część pakowania załatwiłam bez dzieci, ale jak przyszły z Markiem były całkiem pomocne. Z wielką chęcią znosili bagaże do samochodu. Krysia walczyła trochę z emocjami wykazując olbrzymią potrzebę bliskości. Zauważyłam, że tak jej się często zdarza przed wyjazdami, przeżywa swoje "raisefieber".

Schodzimy  na dół, w skrzynce na listy czeka Zielona Karta. Mamy szczęście! Wsiadamy do samochodu i odjeżdżamy, po drodze jeszcze kilka przystanków - ostatnie zakupy. W Koluszkach odbieramy aparat fotograficzny zakupiony wczoraj. To mój prezent na urodziny :-) Przyda się z pewnością na wyjeździe.

Nasz plan - dziś jedziemy do rodziców, na południe Polski. Tam prześpimy się i rano wyruszamy na trzytygodniowe wakacje.
W planach - Czarnogóra i Chorwacja. Pierwszy tydzień to dojazd i zwiedzanie Czarnogóry. Spontanicznie. Nie mamy żadnych rezerwacji, w bagażniku namiot i śpiwory. A potem dwa tygodnie w Chorwacji nad morzem z przyjaciółmi i ich dziećmi.

Do rodziców dojeżdżamy o północy. Dzieci śpią w fotelikach, wybudzają się na widok dziadków. Szybka toaleta i do łóżek, choć dzieci najchętniej by się pobawiły. Ale jutro długi dzień przed nami...



Wyświetl większą mapę