czwartek, 4 lipca 2013

Albania - dzień 4. w drodze: dojeżdżamy do Chorwacji


Za samego rana ruszamy w drogę. Dziś chcemy jak najdalej dojechać. Przejeżdżamy przez Słowację, Węgry, często się zatrzymujemy, dzieci tego potrzebują. W samochodzie bawią się i wygłupiają.



W porze obiadowej okazuje się, że przy autostradzie na Węgrzech bardzo trudno o jakieś miejsce do zjedzenia czegoś na obiad. W końcu mocno wygłodzeni zjeżdżamy z autostrady i znajdujemy w pobliskim miasteczku McDonalds - trudno, dziś będzie fast-food. Potem znów w drogę, do granicy z Chorwacją. Ja przesypiam większość dnia, Franek też dużo śpi i skarży się na ból głowy.

Chcieliśmy dojechać dziś jak najbliżej granicy z Bośnią i Hercegowiną, ale w końcu z racji późnej pory i zmęczenia decydujemy się poszukać noclego w Vukovarze, zjeżdżamy z trasy do miasta. Tam się okazuje, żę są jedynie dwa hotele - pierwszy, 4* - bardzo drogi, drugi - zamknęty. Nad Dunajem znajdujemy mały pensjonat Villa Rosa, wygląda ciekawie, ale jest zamknięty. Stukamy, pukamy, dzwonimy na podany numer - bez odezwu. W końcy zaczepiamy przechodnia, próbujemy się coś dowiedzeć - po kolejnym telefonie do właścicieli okazuje się, że pensjonat jest nieczynny. Jedziemy do Vinkovci, tam po dłuższych poszukiwaniach, sprawdzaniu cen itp udaje nam się znaleźć hostel za rozsądną cenę. Pokój jest niewielki, mieści się w nim praktycznie tylko podwójne łóżko, ale mamy własną, czystą łazienkę, więc jest ok. 

Po zniesieniu bagaży wybieramy się na spacer, żeby się trochę rozprostować. Dzieci dostają "małpiego rozumu", szaleją biegają, tarzają się po chodniku, widać że im dziś brakowało ruchu.





A oto efekty szaleństw chodnikowych ;)




Wycieramy dzieciom nieco ręce mokrymi chusteczkami i idziemy dalej, zbieramy pióra na pióropusze, robimy zakupy na kolację i śniadanie. 

W hostelu jesteśmy dość późno, robimy szybką kolacę, kąpiel i zasypiamy wszyscy razem.



Wyświetl większą mapę

środa, 3 lipca 2013

Albania - dzień 3 - w drodze - Tatralandia i Jaskinia Lodowa

Wstajemy wcześnie rano. Poprzedniego wieczora zdecydowaliśmy, że dziś pojedziemy do Tatralandii, ale żeby nie moczyć się przez cały dzień najpierw chcemy zwiedzić Jaskinię Lodową. Podjeżdżamy samochodem na parking, ubieramy się ciepło - zakładamy prawie wszystkie ciepłe rzeczy jakie mamy - długie spodnie, bluzy, ciepłe kamizelki, chustki na szyje.  Po zakupieniu biletów wchodzimy do jaskinii ze sporą grupą i przewodnikiem. Wprawdzie pani przewodnik mówi po słowacku, ale cakiem sporo rozumiemy. Pomimo kilku warstw ubrań jest nam jednak dość zimno, dzieci z każdą minutą marzną coraz bardziej. Ale warto było tu wejść. Widoki zapierają dech, efekt niesamowity, są tu wręcz wodospady śnieżno-lodowe. Niestety nie można robić zdjęć :(

Po 45 minutach wychodzimy na ciepłe powietrze i powoli się rozgrzewamy herbatą. Wsiadamy do samochodu i jedziemy do Tatralandii - dzieci już nie mogą się doczekać. Aparat znów zostaje w samochodzie. 

Tatralandia to istny raj dla dzeci, pływają w dużych basenach, bawią się w brodzikach ze zjeżdżalniami dla dzieci. Z rękawkami czują się pewnie a ja chyba jeszcze bardziej. ;)

Franek zjeżdża z Markiem na zjeżdżalniach z pontonami tam, gdzie tylko może (niestety większość zjeżdżalni jest > 120 cm).

Krysia nawiąuje znajomości z innymi dziećmi, rozmawia z nimi i wymyśla wspólne zabawy. Franek z chęcią chowa głowę pod wodę (w końcu!), skacze po raz pierwszy do wody z murku, potem z moich kolan, wyrzucam go i ja i Marek w górę a on z radością ląduje do wody i wynurza się z uśmiechem. Uczę go skakać "na bombę" a następnie płynąć kawałek "strzałką". W końcu sam zdejmuje rękawki i przepływa kawałek a następnie odważnie skacze do głębokiej wody bez rękawków! Dobrze, że jestem w pobliżu :-)

W ciągu dnia zjadamy na miejscu obiad, potem gofry i oczywiście lody.

Po 17tej, gdy robi się chłodniej przenosimy się do zakrytej części. Jesteśmy tu od 11:30 do 19:00 a i tak trudno nam przekonać dzieci, że czas już wracać. W drodze powrotnej jeszcze zajeżdżamy po zakupy. Krysia zasypia nam na ostatnim zakręcie przed naszą kwaterą, przenoszę ją do łóżeczka. Franek zjada kolację i zasypia równie szybko, ja też  :-)



wtorek, 2 lipca 2013

Albania - dzień 2 - w drodze: na Słowacji

Po szybkim śniadaniu pakujemy bagaże i jedziemy... do lekarza, skonsultować wyniki Krysi. Na szczęśćie nic poważnego się nie dzieje, zostawiamy jedynie materiał do badania i kupujemy leki w aptece. Udaje nam się jeszcze spotkać na kwadrans z drugimi Dziadkami i około 11tej wyjeżdżamy.

Przejeżdżając przez Kraków zatrzymujemy się w sklepie podóżnika, gdzie kupujemy przewodniki i w związku z tym podejmujemy ostateczną decyzję - celem będzie Albania i Grecja.

Do granicy ze Słowacją mkniemy Zakopianką a nastęnie kiedujemy się na Liptowski Mikulasz, po drodze juz po stronie Słowackiej zatrzymujemy się w Karczmie JOSU na przepyszny, regionalny obiad.

Planowaliśmy zanocować w Gościńcu Eden http://www.privateden.com/ - nam go polecono i my polecamy, ale okazało się, że nie ma wolnych miejsc. Na szczęście Pani Ewa zadzwoniła do zaprzyjaźnionych sąsiadów, którzy znaleźli dla nas przytulny pokój z łazienką. W pokoiku jest łózko dwuosobowe i łóżko piętrowe, więc dzieci od razu negocjują które śpi na górze (JA! NIE!!!! JA!!!!) Dobrze, że zostajemy tu 2 noce, udaje się wypracować kompromis (dziś ja, jutro ty ;) ).
Nie zostawiamy nawet bagaży tylko od razu wybieramy się na małą wycieczkę. Samochodem podejżdżamy kawałek a potem w Bobrovieckiej Dolinie wychodzimy na krótki szlak prowadzący do wodospadu.



Po 20 minutach marszu dzieci chcą wracać :-) i twierdzą, że nie dadzą rady dalej iść, ale z każdym krokiem jest lepiej. Franio goni motyle po łące, Krysia zbiera ze mną kwiaty do bukietu.




Po godzinie prawie sie poddajemy, ale za zakrętem pojawia się znak, że wodospad już tuż-tuż. Franek w magiczny sposób odzyskuje siły. Biega, skacze po kamieniach, chlapie wodą, w końcu wpada do wody po kostki i cieszy się z tego ogromnie :-)








Zabawa trwa w najlepsze - w końcu... wszyscy mamy mokre buty, nawet mnie Franek wciągnął do wody ("Mamo, wszyscy mają mokre buty to Ty też musisz!")

Wracamy do samochodu w dobrych nastrojach, dzieci dzielnie maszerują przekupione obietnicą żelka dla "niemarudzących" wędrowców ;)





Spacer był wyjątkowo przyjemny! Po drodze do naszego noclego robimy tylko zakupy na kolację. Dzieciaki zjadają duże porcje i szybciutko zasypiają. My sprawdzamy ceny zabawy w kompleksach basenowych (Besanova i Tatralandia) i spędzamy przyjemny wieczór na rozmowie z sąsiadami, którzy zajęli sąsiedni pokój. Świat jest jednak mały - przyjechali z... Olkusza, tematów do rozmowy mamy sporo!

 
Wyświetl większą mapę

poniedziałek, 1 lipca 2013

Albania - dzień 1. Wyjeżdżamy

No tak. Jak zwykle bez przygód nie mogło się obyć. Mieliśmy wyjechać już 3 dni temu, ale Franka rozłożyła wysoka gorączka. Zrobiliśmy podstawowe badania i czekaliśmy na poprawę. Niedziela była już bez gorączki, więc dziś ruszamy!

Ale nie ma łatwo. Wstajemy wprawdzie wcześnie rano, szybko dopakowujemy ostatnie rzeczy do bagaży, ale zostaje jeszcze kilka spraw do załatwienia - między innymi odebrać Krysi paszport (brak aktualnego przesunął nam dzień wyjazdu o półtora tygodnia!), zanieść sąsiadom klucze, zapakować bagażnik, pozamykać ostatnie przedurlopowe sprawy...

Jeszcze nie wiemy gdzie spędzimy ten miesiąc. Może Albania z Grecją? A może wyprawa dookoła Włoch? Nie mamy rezerwacji, biletów. Mamy mapę, przewodnik i głowy na karku. W bagażniku namiot i śpiwory. W schowku 3 płyty z "Pippi Pończoszanką" - audiobook czytany przez Edytę Jungowską. Przyda się przy dłuższych przejazdach. Dzieci zapakowały po małym plecaczku zabawek, ale przewiduję, że tak jak w ubiegłym roku najbardziej wartościowymi zabawkami będą patyki, kamienie, kwiaty, wiaderka. Przydadzą się jeszcze gry rodzinne na wieczory i książki do czytania na dobranoc. Zabieramy też piłkę i latawiec.

Udaje nam się wyjechać około 13tej. Kierunek - Olkusz i spotkanie z dziadkami. Tu czeka nas też pierwszy nocleg. Dojeżdżamy na miejsce o 16.30 (po trzech milionach zadanych pytań "Mamooooooo! Kiedy będziemy u Dziadków??"). Dzieciaki szaleją z babcią i dziadkiem, podbijają osiedlowy plac zabaw, ja ewakuuję się do kosmetyczki na przedurlopowy relaks ;)

Około 17.30 dostaję z centrum medycznego telefon, z informacją, że Krysia ma złe wyniki moczu i że jak najszybciej mamy się skontaktować z lekarzem. Robimy małe rozeznanie i okazuje się, że na szczęście może nas przyjąć lekarz w Olkuszu, umawiamy zatem wizytę na kolejny dzień. Mam nadzieję, że to jednak nic poważnego i że wyruszymy tak jak planujemy. A dokąd? To jeszcze nie ustalone.