Pobudka dość wcześnie rano, jak zwykle Marek wstał pierwszy, po nim Franek. Poszli razem pod
prysznic i do sklepu kupić coś na śniadanie. Nie przewidzieli tylko, że w niedzielę sklep czynny
jest od 8mej, więc musieli poczekać przed sklepem.
Ja obudziłam Krysię, wykąpałyśmy się, posprzątałyśmy na łódce i poszłyśmy na kawę (dla mnie :-) ) A tu... porażka ;) Pani skasowała 4 zł i podała mi błyskawicznie kawę... sypaną! (bleeee) Strasznie mocna, bez miejsca na mleko, jak dla mnie - nie do wypicia. Spróbowałam dwa łyki, nawdychałam się zapachu kawy i... wylałam. Trudno, dziś będzie dzień bez kawy. Przerażające jest tylko to, że większość mieszkańców kempingu zaczyna dzień od.... piwa.... wczoraj też zauważyłam, że trudno znaleźć osobę, która by nie niosła w ręce puszki czy butelki z piwem... chyba się starzeję ;)
Na śniadanie Marek zrobiła jajecznicę na maszynce gazowej na łódce, to tego świeże bułki i dżem. Posileni przygotowujemy się do wypłynięcia. Dzieciom niestety trochę niewygodnie w kapokach, szczególnie Krysi, której trafił się troszkę za duży, po chwili się jednak przyzwyczajają. Szorujemy pokład a jeszcze wcześniej Krysia wskakuje z Markiem do wody.
Woda jest spokojna, wiatru prawie nie ma. Wypływamy na siliniku ale po chwili rozkładamy żagiel i próbujemy sunąć. Jest fajnie :-) Dzieciom się podoba. Franek znalazł sobie zabawę - nabiera do wiadra wody (Marek przywiązał je do łódki) a potem wylewa na pokład lub polewa nam nogi.
Marek opowiada dzieciom jak się nazywają różne części żaglówki, linki, co to grot, fok itp. Machamy innym żeglarzom, obserwujemy krajobrazy, opalamy się.
Franek nadal nabiera wodę, Krysia dostaje miseczki, zatykamy odpływ i robimy sobie mini-basen na dnie łódki.
Około 13tej Krysia robi się zmęczona, my głodni. W okolicach tamy szukamy miejsca do przycumowania. Zjadamy obiad, na deser lody i robimy przerwę na plażowanie. Dzieci wskakują do zalewu. Pluskają się, chlapią, budują z kamieni. Mamy chwilę odpoczynku, siadamy w cieniu i obserwujemy brykające Potworki.
Jest przyjemnie, ale trzeba jeszcze wrócić do portu. Mnie zaczynają piec plecy, chyba trzeba było się mocniej wysmarować.
Powrót znów na spokojnej wodzie. Franek nadal bawi się w nalewanie wody, w pewnym momencie na poważnie się wystraszył, że zabraknie wody w zalewie :-) i chciał przerwać wybieranie :-)
Przybijamy do kei o 18.30 i jedziemy na kolację w to samo miejsce co dzień wcześniej.
Dzieci szaleją na trampolinie a my relaksujemy się i czekamy na jedzenie
Gdy zaczyna się robić późno i zaczynają atakować komary uciekamy na łódkę. Dzieci bardzo szybko zasypiają a mi się zamarzył prysznic. Na kempingu już pustki, pojedyncze osoby które zostały zbierają się w barze, żeby obejrzeć finał Euro 2012, więc nie powinno być kolejki.
Idę już po ciemku do łazienki, ale okazuje się że jest zamknięta, napis na drzwiach odsyła do recepcji. Niestety w recepcji pani mnie informuje, że nie ma kluczy (!!!) i ostatecznie zgadza się mi dać kluczyk do przyczepy kempingowej, gdzie mogę skorzystać z toalety, niestety o prysznicu mogę zapomnieć :-(
Zupełnie na oślep w totalnych ciemnościach próbuję znaleźć rzeczoną przyczepę. Udało się. Otwieram drzwi i szukam włącznika światła. Z jednej i drugiej strony. Bezskutecznie. Moje oczy przyzwyczajają się powoli do ciemności, po prawej stronie przy drzwiach ale dość wysoko widzę jakiś kwadrat. Sięgam ręką i.... WRRRRRRRRRRR PAJĘCZYNA!!!!! Bardzo szybko uciekałam :-))))
Długo nie mogłam zasnąć, księżyc mocno świecił, niebo bez chmur... bajecznie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz