poniedziałek, 15 stycznia 2018

Jordania - dzień 1.


Jordania wyszła jakoś tak... przez przypadek. W zasadzie od lata 2017 planowaliśmy dłuższy wyjazd zimą, żeby nadrobić brak możliwości rodzinnego podróżowania w wakacje (realia pracy pilota linii czarterowych ;)). Ciągnęło nas od dłuższego czasu do Azji, a gdy pojawiły się rewelacyjne cenowo bilety do Tajlandii mieliśmy wielką ochotę tam spędzić cały miesiąc zimą. Z racji problemów zdrowotnych Jasia (astma wczesnodziecięca) miałam dość duży problem, żeby się zdecydować na taki jednak ekstremalny wyjazd, tym bardziej że moment decyzyjny zbiegł się w czasie z dość nietypowym atakiem choroby, w efekcie czego... spóźniliśmy się z zakupem o dosłownie kilka godzin. Zaczęły się poszukiwania innych kierunków i tanich biletów i tak oto trafiliśmy na niedrogie loty do Izreala w opcji Katowice - Eljat i powrót Tel-Awiw - Katowice. A, że z Eljatu do Jordanii rzut beretem a nam od czasu pobytu w Syrii marzyła się Jordania - decyzja zapadła dość szybko.
Wyjazd miał być jednak krótszy - 10 dni a po nim 3-4 dni na nartach, żeby wszystkich zadowolić :) Całe ferie zostały zaplanowane.

Przed wyjazdem czekało nas trochę przygotowań, głównie dlatego, że w czasie naszej nieobecności miał zostać przeprowadzony w naszym domu mały remont z malowaniem ścian, musieliśmy więc nie tylko spadkować się na dwa wyjazdy (Jordania i narty) ale i przygotować cały dom do malowania - popakować zbędne rzeczy, poprzestawiać meble itp.

Ale największy stres dopadł nas dwa dni przed wylotem, w sobotę rano, gdy zorientowaliśmy się, że Krysi paszport ważny jest do 15 czerwca, czyli do wymaganych przez Izrael 6 miesięcy ważności zabrakło miesiąca. Telefon do przyjaciela uzmysłowił nam, że w zasadzie nie mamy pewności, czy przepuszczą nas na lotnisku w Katowicach, potem w Eljacie no i przy powrocie z Jordanii do Izraela. Szybkie badanie dr googla potwierdziło, że w sumie może być różnie, ale pojawiło się też sporo pozytywnych relacji udowadniających, że w wielu przypadkach żadnego problemu z wjazdem do Izraela nie było. Postanowiliśmy zaryzykować. Zostawienie Krysi u dziadków nie wchodziło w grę, postanowiliśmy być solidarni, tym bardziej, że to my - dorośli zawiniliśmy i nie sprawdziliśmy tego odpowiednio wcześnie.

W dniu wylotu wstaliśmy o świcie upychając ostatnie sprzęty do szaf i odsuwając meble. Z domy wyruszyliśmy po 6 rano, chcieliśmy być na lotnisku wcześniej, żeby w razie dyskusji na temat ważności paszportu mieć zapas czasu do odlotu. Samochód z walizką na część "narciarską" został na parkingu przed lotniskiem a my po naprawdę szybkiej odprawie, kontroli mieliśmy sporo czasu, żeby się ponudzić. Pierwsza kontrola w każdym razie przeszła pomyślnie. Tego dnia czekała nas jeszcze jedna, po wylądowaniu.





Po długim oczekiwaniu w końcu się udało i wyruszyliśmy różowo-fioletowym samolotem. Jasio od początku zaznaczał, że on będzie siedział obok taty i tuż po wejściu na pokład skręcił do... kokpitu :) Był wielce zbulwersowany, że kazałam mu iść w drugą stronę, bo przecież on miał siedzieć z tatą ;) trzeba było wytłumaczyć, że tym razem tata siedzi na fotelach razem z innymi pasażerami. Stewardesom spodobała się wyjątkowa ta sytuacja i potem, gdy już opuszczaliśmy pokład poprosiły pilotów i dzieciaki mogły zajrzeć do kokpitu, żeby zobaczyć jak wygląda praca taty :)

Lecieliśmy krótko, ale i tak dzieciaki zdążyły się ponudzić, była też oczywiście walka o okno :) ale mp3 z muzyką i gra w statki uratowała nas przed dramatem.





Po wylądowaniu okazało się, że tu już jest w zasadzie zachód słońca, choć było dopiero koło 17 lokalnego czasu. Ponieważ wysiedliśmy jako ostatni to byliśmy ostatni w kolejce do odprawy. Trochę się zatem naczekaliśmy, ale udało się. Nie było problemów z paszportem i tuż za odprawą przywitały nas dwie miłe panie wręczając Markowi pakiet ulotek i map o Izarealu a mi krem do rąk, co okazało się wyjątkowo trafionym prezentem, bo swojego nie zabrałam a ręce miałam wyjątkowo przesuszone.




Gdy opuściliśmy terminal było już całkiem ciemno. Wsiedliśmy do autobusu, który wg informacji w internecie i od kierowcy miał nas zawieźć do granicy z Jordanią. W autobusie Jaś koniecznie chciał siedzieć u Franka na kolanach. Krysia przysnęła a my próbowaliśmy coś wypatrzeć za oknem, ale niewiele się udało, pustynia skryła się w ciemnościach. W Eljacie czekała nas niespodzianka, niezbyt miła. Kierowca na dworcu oznajmił, że to ostatni przystanek i że nie jedzie do granicy. Próbowaliśmy się dogadać, ale "final stop" brzmiało dosadnie i wysiedliśmy. Zadziwiające dla nas okazało się, że grupa osób została w autobusie i odjechali z kierowcą - nie wiemy dokąd. No cóż, musieliśmy sobie poradzić inaczej. Było już dość późno, autobus jechał dłużej niż się spodziewaliśmy. Weszliśmy do budynku dworca, ale pan w kasie zdecydowanym ruchem zasunął roletę gdy tylko się zbliżyliśmy. Wyszliśmy na ulicę i złapaliśmy taksówkę, która zawiozła nas do granicy.

Przejście graniczne przyniosło kolejne zaskoczenie. Izraelczycy zażyczyli sobie 150 USD opłaty wyjazdowej za naszą piątkę. Opłaty za to, że wyjeżdżamy od nich. Tak po prostu. Nie przewidzieliśmy takiego podatku, więc nie było to miłe doświadczenie, ale wyjścia nie było. Po stronie jordańskiej już dużo łatwiej i szybciej. Wypełniliśmy formularz, który opieczętowany wrócił do nas. Była na nim adnotacja, że przy pobycie powyżej 4 dni nie ma opłaty wizowej co zgadzało się z tym, co wyczytaliśmy wcześniej w internecie. Wszystkie formalności skończyliśmy o 19.40, przejście graniczne czynne do 20.00. Uffff....

Zaraz za przejściem czekali taksówkarze, oficjalna taryfa na przywieszonej tablicy, ale i tak próbowali nas przekonać, że musimy zapłacić więcej, bo jest nas 5 i musimy dorzucić 5JOD (25zł) na wypadek, gdyby złapała nas policja. To oczywiście ściema. Chwila negocjacji i udało się ustalić rozsądną kwotę za transport do hotelu z przystankiem w mieście przy bankomacie.

Nasz hotel, znaleziony i zarezerwowany na booking.com znajduje się za Aqabą, w części gdzie znajdują się centra nurkowe, blisko granicy z Arabią Saudyjską. Jasio zasnął w samochodzie wyczerpany po całym dniu w podróży, od momentu wyjścia z domu minęło 14 godzin...

Hotel okazał się bardzo przyjemny, obsługa przyjazna, nawet stargowaliśmy trochę cenę, pomimo rezerwacji na booking. Pokoje to takie mini-domki połączone ze sobą, a między nimi istny labirynt uliczek, basen na patio i kilka fajnych miejsc do siedzenia. Zaniosłam Jasia od razu do łóżka a Marek z dzieciakami wyszli jeszcze na pyszną herbatę  w części wspólnej.  Zasnęliśmy wyjątkowo szybko.

___________________

Nasz hotel: Bedouin Garden Village
#CoWyTamBedziecieJesc - dzień pierwszy to śniadanie na szybko w domu, hot-dogi na stacji a potem zapasy z plecaka - bułeczki, owoce, wafle ryżowe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz